piątek, 18 lipca 2014
STRONA SIÓDMA
Było ciemno. W dodatku nie wiedziałam gdzie dokładnie była ta impreza. Wiedziałam tylko że powinno być tam głośno i jasno, więc ruszyłam do placu głównego. Cisza. Całą drogę nic nie słyszałam oprócz moich własnych kroków. Też nic nie widziałam. Potykałam się i uderzałam w budynki. W końcu przypomniało mi się że mam telefon w kieszeni. "Co za idiotka", pomyślałam. Włączyłam latarkę. Nie było idealnego światła ale wystarczyło mi to by odnaleźć główny plac. W końcu doszłam do niego. Rozejrzałam się ale żadnego światła nie widziałam. Stanęłam na murku by mieć lepszy widok. Wszędzie ciemno. Nic. Załamana usiadłam na murku. "A może nie jestem na placu tylko gdzieś indziej", pomyślałam sobie, "może jest tak ciemno że skręciłam w złą uliczkę?" I wtedy usłyszałam cudzy głos. Spokojny i przyjacielski ale stanowczy i surowy. "Ile razy mam Ci mówić że masz tego nie robić? Jeśli nie umiesz panować nad pragnieniem to do widzenia!", powiedział. Z kim musiał rozmawiać. Może przez telefon? Nie...Nagle usłyszałam drugi głos. Śmiał się. I znowu ten pierwszy: "To Cię bawi? Ludzie się zorientują". "Spokojnie, nikt się nie dowie. Zajmę się tym", głos tego drugiego. Przeciwieństwo pana 'A'. Gruby, męski głos. I taki pewny siebie. Nagle wielkie bum. To nie był strzał czy coś podobnego. Jakby coś wypadło komuś z dłoni. Nie było to bardzo ciężkie. Przestraszyłam się. "Ale następnym razem, nie mów co mam robić, zrozumiano?", groził. "Dopóki nie załatwię spraw nigdzie się nie wybieram. Vittoria gdzieś tu jest. Musi gdzieś tu być. Ta dziewczyna go ma", dodał. Był wściekły i przez głos można było zauważyć że był nieco agresywny. "Chyba go uderzył. Może go przycisnął do ściany. Nie wiem...", myślałam. "Ktoś tu jest", powiedział ten spokojniejszy. Nagle zapadła cisza. Wiedzieli że ich podsłuchiwałam. Nie wiedziałam co zrobić. Schowałam się za murkiem. Nie minęła minuta i już wielkie światło celowało na mnie. Latarka. Nie widziałam kto ją trzymał. Raziło mnie światło. Zakryłam lekko twarz rękoma. "Ładnie to tak podsłuchiwać?", zapytał chłopak, który stał z latarką. Latarka nagle zgasła. Przeprosiłam cicho. Jeden z nich podał mi rękę. Nie widziałam który. Złapałam a on pomógł mi wstać. Podziękowałam. To był ten z latarką. Ten co stał obok- nic."Przepraszam, nie chciałam was podsłuchiwać. Nie chciałam przerywać a chciałam poprosić o pomoc.", powiedziałam. Latarka znów się zapaliła, tym razem kierował w górę. Mogłam ich widzieć. "Głupia latarka, muszę wymienić baterię",powiedział chłopak, "więc o co chodzi?" Uśmiechnął się. Serce biło jak szalone. Jasne oczy, ciemne włosy i ten zabójczy uśmiech. Wymiękłam. "B-bo...", próbowałam wykrztusić coś z siebie. "Bo?", zapytał ten drugi. Wciąż go nie widziałam. Widziałam tylko tył. Widziałam jak niespokojnie łapał się za głowę. Coś go dręczyło. Czyżby to że słyszałam ich rozmowę? "Zgubiłam się.Wiecie gdzie jest taka restauracja...Dużo nie wiem. Urodziny. Znaczy muzyka, światła, krzyki, zabawa?", odpowiedziałam w końcu. Chwila ciszy. W końcu ten z tyłu odpowiedział: "Prosto i za tym wysokim budynkiem w lewo". "Dzięki", powiedziałam. Chciałam już ruszyć gdy nagle przystojniak coś powiedział. "Zaprowadzimy Cię, właśnie tam idziemy". No i wtedy to już koniec. Dwaj różni siebie faceci nie mogą się porozumieć. Dojdzie do walki? Jeden chciał się mnie pozbyć jak najszybciej, drugi chce mi potowarzyszyć. "Chodź Alan, przecież dasz radę", powiedział trzymając latarkę. Lekki śmiech ze strony 'Alana'. "No nie wiem. Nie chcę podejmować decyzji za tą piękną damę. Może ona się boi? Może coś by mogło jej się stać?", zapytał. "Nie boję się", powiedziałam pewna siebie. "Oj zdziwiłabyś się do czego jestem zdolny", odparł. Dodałam marszcząc czoło: "Gdybyś mi chciał coś zrobić to byś to już dawno zrobił". Chłopak się zaśmiał. "Trzymaj się. Następnym razem może", powiedział oddalając się od nas. Zostaliśmy sami. "Chodźmy", powiedział chłopak. Spytałam: "O co mu chodziło?" Szliśmy w kierunku wielkiego budynku. "Ma za sobą zły dzień, wiesz. Zgubił bardzo cenną rzecz i nadal jej nie odnalazł. Wydaje się że szuka jej już ponad 100 lat, dlatego jest taki wkurzony. Ale...Rozchmurzyłaś go trochę". Ucieszyłam się. Kiwnęłam głową dając do zrozumienia że go rozumiem. "Zostaliście zaproszeni?", spytałam. Skręciliśmy w lewo tak jak mówił Alan. "Nie, nie...Pracujemy tam", odpowiedział, "więc jak będziesz czegoś potrzebować to daj znać. Możesz o mnie popytać, zawsze będę się starał Ci pomóc. Jestem Tom". Serce waliło i waliło a ręce całe się trzęsły. Uśmiechnęłam się dodając "Dziękuję, Tom. Jestem Amara". Z Toma twarzy nie znikał uśmiech a jego wzrok był ciągle wskazany we mnie. Zaczerwieniałam. Dobrze że tego nie widział. "Amara...", powiedział do siebie, "Amara, to cudowny kwiat. Ubiorek gorzki". "Znasz się na kwiatach?", zapytałam. "Nie za bardzo. Powiedzmy że bardzo dużo mam do czynienia z tą rośliną", odpowiedział. Zaśmiał się. Doszliśmy do restauracji. Światło raziło po oczach a głośność było nie do zniesienia. Podziękowałam Tomowi za towarzystwo. I wtedy drzwi się z hukiem otworzyły. To była Greta. "Amara! Właśnie miałam dzwonić! Właź szybko! Na co czekasz?, krzyknęła. Podeszłam do drzwi. Odwróciłam się by pomachać Tomowi. Nikogo już nie było. Wygląda na to że uciekł. Skądś znam już tę sytuację. Rozejrzałam się jeszcze raz i weszłam do środka.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz