In love with a vampire
niedziela, 27 lipca 2014
STRONA DZIEWIĄTA
Obudziłam się. Biały sufit, białe ściany. Nie...To nie był mój pokój. Leżałam w łóżku. Usiadłam i rozejrzałam się po pokoju. Szpital. "No super", pomyślałam. Kiedy próbowałam sobie przypomnieć co się stało dzień wcześniej bolała mnie głowa. Postanowiłam przestać. "Oh kochanie, w końcu się obudziłaś!", krzyknęła czule mama. Nie do wiary. Musiałam w takim razie dość długo spać. "Co się stało?", spytałam, "i co wy tu robicie?" Mama usiadła na łóżku opowiadając: "Jak to co się stało? Dostaliśmy telefon że jesteś w szpitalu". Zgarnęłam włosy z twarzy. "Nic nie pamiętasz? Dave idź po lekarza!", krzyknęła mama do taty. Oparłam głowę o poduszkę. "Ktoś tam stał", powiedziałam cicho. Mam ścisnęła moją rękę dodając: "Uderzyłaś się w głowę, kochanie. Odpoczywaj". Uśmiechnęłam się lekko lecz tak na prawdę byłam zaniepokojona. Kto tam stał. Pracował tam. Podobny był do...Nie, to nie może być możliwe. Wyglądał jak ten facet co uciekł z mojego domu. "Przepraszam złotko...Powinniśmy zostać i nigdzie nie wyjeżdżać", szlochała mama. Położyłam rękę na jej ramieniu dodając: "Mamo, skąd miałaś wiedzieć? Na prawdę się nie martw. Nic mi nie jest! Czuję się świetnie!" Wyskoczyłam z łóżka by jej pokazać do czego jestem zdolna. Uniosłam ręce i krzyknęłam wielkie "Tadaaa!" W tym momencie do pokoju weszły Greta i Adela. Podbiegły do mnie i mnie mocno przytuliły. Mama wstała i wyszła. "Amara! Tyle strachu nam narobiłaś!", "Jak się czujesz?", "Wszystko ok?", "Wrócisz do szkoły?"-Te pytania mnie zagłuszały. W końcu usiadłam na łóżku zaczynając się śmiać. Dziewczyny popatrzyły na siebie ze zdziwieniem. Oparłam się rękoma o łóżko. "Nic mi nie jest!", w końcu wydołałam wykrztusić z siebie pełna śmiechu. Były słodkie kiedy się martwiły ale w takiej sytuacji było to zbędne. Adela zaczęła: "Amara, przepraszam. Już nigdy więcej Cię nie zostawię!" Greta kontynuowała: "Ja też przepraszam! Już nigdy więcej się na Ciebie nie wydrę. Żaden chłopak nie będzie ważniejszy od Ciebie!" Uśmiechnęłam się dodając: "Dziewczyny...już nie przepraszajcie. Przesadzacie". Po kilku minutach rozmowy dziewczyny wyszły. Położyłam się ponownie na łóżku. Patrzyłam w sufit. Po chwili zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. "Przeszkadzam?", zapytał wchodzący do pokoju i uśmiechnięty Tom. Szybko usiadłam poprawiając wygląd. "Przepraszam", powiedział. Dość! "Już starczy tych przeprosin! Przepraszam, przepraszam i przepraszam od samego rana! Już dosyć. To nic personalnego, to fart że na Ciebie wyszło. Nie chciałam krzyczeć...", krzyknęłam powoli uciszając ton. Chłopak się uśmiechnął z lekką ulgą na twarzy. Wziął głęboki oddech i zapytał jak moja głowa. Odpowiedziałam: "Dziękuję że pytasz. Trochę boli i nie mogę sobie przypomnieć co się działo tamtej nocy". "Szlag!", krzyknął kopiąc w śmietnik, "Jezu, to moja wina. Mogłem coś zrobić!" "Ale ty nic nie zrobiłeś! Nie obwiniaj siebie, Tom!", powiedziałam spokojnie do niego. Chłopak oprzytomniał. "Widziałam chłopaka...Był w ubraniu z logiem pizzerii", zaczęłam opowiadać, "myślę że to te...znaczy. Może on mógł mi coś zrobić?" Tom usiadł na fotelu obok łóżka. "Hmm...", powiedział, "myślę że ci się coś przewidziało. To pewnie przez to że ten pokój był ciasny i było w nim bardzo dusznoo. Dlatego zemdlałaś i uderzyłaś się w głowę". Lekko zmrużyłam oczy po czym spytałam: "Skąd wiesz jakie jest to pomieszczenie?" Tom przetarł językiem usta. Zbladł lekko. Uśmiech zniknął z jego twarzy. "Tom?", zapytałam unosząc brew. Po chwili się znów uśmiechnął. Zaczął: "Amara, kiedy pracujesz w takim miejscu jak np. ja to musisz znać raczej każde miejsce. Tym bardziej musisz znać magazyn. No i oczywiście przebywasz tam dość długo- rozumiesz?" Uderzyłam się ręką w głowę. "Przepra...", odpowiedziałam. Właściwie próbowałam odpowiedzieć bo przerwał mi Tom: "Po za tym...to ja Cię tam znalazłem i zadzwoniłem po pogotowie". Zmrużyłam oczy. Co on powiedział? Kiedy to do mnie doszło z szoku wstałam z łóżka. Czułam jak impulsywnie krew przepływała przez moje żyły a serce biło jak szalone. Mięśnie się napinały. "T-Tom...Nie wiem jak Ci dziękować", próbowałam wykrztusić z siebie powoli do niego podchodząc. "Matko, gdyby nie Ty... Dziękuję!" Tom się uśmiechnął. Bardzo szeroko. Po chwili usiadłam obok niego. Poprawiłam włosy dając je za ucho. Uspokoiłam się. "Naprawdę Ci dziękuję, Tom", powiedziałam, "ale jak mnie znalazłeś?" Tom oparł rękoma ciało pochylając się do tyłu. Odpowiedział: "Coś mnie do Ciebie ciągło. Nie wiem co to było. Już gdy tylko wszedłem do pomieszczenia dla personelu wiedziałem że coś jest nie tak. Zobaczyłem krew no i resztę sama pewnie wiesz". "Ciekawe co to było", mruknęłam pod nosem. "W 2007 roku wybuchł pożar na 'Pearl Way'. Dziewczyna straciła przytomność i uderzyła się w głowę", zaczęłam opowiadać, "uratował ją chłopak. Do dziś nikt nie wie kim był ten chłopak." Tam odpowiedział: "Tak, wiem. Znam tą historię. Znam historię tego miasta. Zapytałam: "Skąd?" Odpowiedział że się tu wychował. "Byłeś w 2007 w Sparrow Wood?", zapytałam. Odpowiedział że nie. Zmrużyłam oczy. "Urodziłeś się tu i wyjechałeś, teraz znów wróciłeś. Dobrze rozumiem?", zapytałam. Tom kiwnął głową na 'tak'. Tom rozłożył się na łóżku. Spojrzałam na niego. Złożył ręce do tyłu za głowę. Zapytał: "Jaka jest Sparrow High?" Zmarszczyłam czoło. "Idziesz do Sparrow High?", spytałam ignorując jego pytanie. Znów kiwnął. Jego mina pokazywała że był bardzo dumny z tego. Ale widać też było że się bardzo cieszy. Puknęłam go łokciem dodając: "Więc widzimy się w poniedziałek". Chłopak się zaśmiał. Ja też. Nagle Tom usiadł. Bardzo gwałtownie. Popatrzył na drzwi, potem na mnie. Zmarszczyłam czoło i czekałam co się teraz wydarzy. Sięgnęłam po kapcie które leżały przed łóżkiem. Nagle drzwi się otworzyły. To był doktor. Odwróciłam się do Toma. Już go tam nie było.
niedziela, 20 lipca 2014
STRONA ÓSMA
Tłum ludzi mnie otoczył. Ludzie których nigdy nie widziałam na oczy uśmiechali się do mnie lub witali się ze mną jakbyśmy się od paru lat znali. Trochę mnie to przerosło. Szłam z Gretą w kierunku baru. Tam czekała na nas Adela. Humor poprawiła mi muzyka, która była świetna. Napoje były przepyszne. Najbardziej do gustu przypadł mi koktajl robiony przez Violet. Violet Stone dokładniej. Rozmawiałam z Gretą i Adelą. Jeśli można było to nazwać rozmową. Były kompletnie zachlane. Po chwili usiadł koło mnie Michael. Był bardzo lubiany-szczególnie przez dziewczyny. Każda dziewczyna by chciała z nim choć raz zatańczyć. Ale nie ja. Obrzydzał mnie jego arogancki i egoistyczny charakter. Nigdy bym się z nim nie umówiła. Nawet gdyby błagał. Lecz niestety...Greta się z nim umawia. Są razem od trzech dni. Nie wiem co ona w nim widzi. Jest tak samo bogaty jak i ona. Choć wątpię że to ma jakiś związek to i tak by miało to jakiś sens. Greta wstała i podeszła do Michaela. Pocałowała go. Aż mi ciarki przeszły. Ohyda. Złapała go za ręce i zaproponowała mu taniec lekko go ciągnąc na parkiet. Ten szybko dopił swojego drinka i ruszył za nią. Adela zniknęła w tłumie. Wiedziałam dokąd poszła ale nawet nie chciałam o tym myśleć. Jedno słowo- Mason. Zostałam sama. Oparłam się o bar i kręciłam słomką kółka w mojej szklance z sokiem. Z lewej usiadła parka liżąc się nie zwracając uwagi czy komuś to przeszkadza, z prawej ktoś rozmawia o przyszłości związku. Musiałam uciec. Uniosłam brwi, wzięłam głęboki wdech i odeszłam zostawiając szklankę. Chciałam iść do toalety, gdy przechodząc obok baru Violet mnie zaczepiła: "Mogłabyś skoczyć do magazynu po kostki lodu? Skończyły się". Popatrzyłam na nią niechętnym wzrokiem. Zmęczona uśmiechnęła się do mnie błagając o pomoc. Zgodziłam się. Ruszyłam w kierunku drzwi z napisem 'dla personelu'. Otworzyłam je. Było ciemno. Szukałam włącznika do lampki. Obmacałam ścianę i w końcu znalazłam. Zapaliłam światło i ruszyłam przed siebie. W końcu znalazłam drzwi z napisem 'magazyn'. Drzwi były zamknięte. Próbowałam otworzyć je siłą. Nic. Oparłam się o drzwi i chwilę pomyślałam. Szłam z powrotem do wyjścia. Wyszłam i ruszyłam w stronę baru. Rozejrzałam się i zauważyłam Violet bardzo zajętą. Obsługiwała chyba pięć ludzi na raz. Uśmiechnęłam się. "No nic", pomyślałam, "będę musiała zapytać kogoś innego". Szukałam Grety. Chciałam zapytać o Toma. Polecił się na przyszłość, tym bardziej że tu pracuje. Miałam o niego pytać. Grety nigdzie nie mogłam znaleźć. Adelę znalazłam. Znaczy jej głos w toalecie...Nie była sama. Zszokowana wyszłam z niej po paru sekundach. Wyszłam przed budynek. Znalazłam ją. Kłóciła się. Z Michaelem. Podeszłam do nich. "Greta, mam pytanko. Przepraszam że przeszkadzam", powiedziałam. Odpowiedziała mi wściekła: "Mała, nie teraz". Odwróciłam się. Chciałam odejść. Jednak się znów do nich odwróciłam. "Nie Greta, teraz! Szukam Toma". "Jakiego znów Toma?!", zapytała. "Muszę wejść do magazynu", odpowiedziałam. Greta złapała się za głowę. Była zła. Bardzo. Wyjęła z kieszeni klucze i mi je dała dodając: "I znikaj. Przeszkadzasz". Uśmiechnęłam się ironicznie i odeszłam. Z daleko słyszałam tylko "Co za przyjaciółka. Mówisz że nie teraz to dalej nawija". To bym Michael. Wściekła Greta zaczęła krzyczeć: "Aha! To moi przyjaciele też się nie podobają?!" Przekręciłam głowę i widziałam Gretę wymachującą rękoma. Pokiwałam głową i weszłam do budynku udając się w kierunku drzwi 'dla personelu'. Gdy przechodziłam obok baru Violet się na mnie popatrzyła wkurzona. Oczekiwała wyjaśnień dlaczego to tak długo trwa. Pokazałam jej rękę dając do zrozumienia krótkie 'chwila'. Weszłam do pokoju i zapaliłam światło. Tym razem wiedziałam gdzie znajduje się włącznik. Szłam prosto jak ostatnim razem aż doszłam do drzwi z napisem 'magazyn'. Wyciągnęłam klucze. Było ich bardzo dużo. Około 10. No nic, wypróbowywałam każdego. Trochę byłam przerażona. Sama w tak ciasnym i mrocznym pomieszczeniu. Byłam pewna że za moment wypadną mi klucze z ręki i gdy je podniosę ukaże mi się seryjny killer przed oczami i mnie zabije. Byłam przy kluczu numer 3. No i oczywiście. Wypadły mi z kieszeni. Cała się trzęsłam ze strachu. Rozejrzałam się by mieć pewność że nie stanie się to o czym myślałam chwilę przed tym. Nikogo nie było. Tylko ja i mój cień. Kucnęłam nadal się rozglądając. Ciągle miałam głowę w powietrzu. Wzięłam klucze i powoli wstałam. Nic. Ulga. Odwróciłam się i znów wypróbowywałam klucze. Jak zwykle nie mogłam znaleźć właściwego. I co? Znów je upuściłam. Nigdy nie miałam tyle kluczy w dłoni. Sięgnęłam je. Wstałam i dostałam niemal zawału serca. Upadłam i uderzyłam głową o framugę drzwi. Widziałam mężczyznę w ubraniu pizzeryjnym. Widziałam jedynie rysy twarzy bo po chwili zemdlałam.
piątek, 18 lipca 2014
STRONA SIÓDMA
Było ciemno. W dodatku nie wiedziałam gdzie dokładnie była ta impreza. Wiedziałam tylko że powinno być tam głośno i jasno, więc ruszyłam do placu głównego. Cisza. Całą drogę nic nie słyszałam oprócz moich własnych kroków. Też nic nie widziałam. Potykałam się i uderzałam w budynki. W końcu przypomniało mi się że mam telefon w kieszeni. "Co za idiotka", pomyślałam. Włączyłam latarkę. Nie było idealnego światła ale wystarczyło mi to by odnaleźć główny plac. W końcu doszłam do niego. Rozejrzałam się ale żadnego światła nie widziałam. Stanęłam na murku by mieć lepszy widok. Wszędzie ciemno. Nic. Załamana usiadłam na murku. "A może nie jestem na placu tylko gdzieś indziej", pomyślałam sobie, "może jest tak ciemno że skręciłam w złą uliczkę?" I wtedy usłyszałam cudzy głos. Spokojny i przyjacielski ale stanowczy i surowy. "Ile razy mam Ci mówić że masz tego nie robić? Jeśli nie umiesz panować nad pragnieniem to do widzenia!", powiedział. Z kim musiał rozmawiać. Może przez telefon? Nie...Nagle usłyszałam drugi głos. Śmiał się. I znowu ten pierwszy: "To Cię bawi? Ludzie się zorientują". "Spokojnie, nikt się nie dowie. Zajmę się tym", głos tego drugiego. Przeciwieństwo pana 'A'. Gruby, męski głos. I taki pewny siebie. Nagle wielkie bum. To nie był strzał czy coś podobnego. Jakby coś wypadło komuś z dłoni. Nie było to bardzo ciężkie. Przestraszyłam się. "Ale następnym razem, nie mów co mam robić, zrozumiano?", groził. "Dopóki nie załatwię spraw nigdzie się nie wybieram. Vittoria gdzieś tu jest. Musi gdzieś tu być. Ta dziewczyna go ma", dodał. Był wściekły i przez głos można było zauważyć że był nieco agresywny. "Chyba go uderzył. Może go przycisnął do ściany. Nie wiem...", myślałam. "Ktoś tu jest", powiedział ten spokojniejszy. Nagle zapadła cisza. Wiedzieli że ich podsłuchiwałam. Nie wiedziałam co zrobić. Schowałam się za murkiem. Nie minęła minuta i już wielkie światło celowało na mnie. Latarka. Nie widziałam kto ją trzymał. Raziło mnie światło. Zakryłam lekko twarz rękoma. "Ładnie to tak podsłuchiwać?", zapytał chłopak, który stał z latarką. Latarka nagle zgasła. Przeprosiłam cicho. Jeden z nich podał mi rękę. Nie widziałam który. Złapałam a on pomógł mi wstać. Podziękowałam. To był ten z latarką. Ten co stał obok- nic."Przepraszam, nie chciałam was podsłuchiwać. Nie chciałam przerywać a chciałam poprosić o pomoc.", powiedziałam. Latarka znów się zapaliła, tym razem kierował w górę. Mogłam ich widzieć. "Głupia latarka, muszę wymienić baterię",powiedział chłopak, "więc o co chodzi?" Uśmiechnął się. Serce biło jak szalone. Jasne oczy, ciemne włosy i ten zabójczy uśmiech. Wymiękłam. "B-bo...", próbowałam wykrztusić coś z siebie. "Bo?", zapytał ten drugi. Wciąż go nie widziałam. Widziałam tylko tył. Widziałam jak niespokojnie łapał się za głowę. Coś go dręczyło. Czyżby to że słyszałam ich rozmowę? "Zgubiłam się.Wiecie gdzie jest taka restauracja...Dużo nie wiem. Urodziny. Znaczy muzyka, światła, krzyki, zabawa?", odpowiedziałam w końcu. Chwila ciszy. W końcu ten z tyłu odpowiedział: "Prosto i za tym wysokim budynkiem w lewo". "Dzięki", powiedziałam. Chciałam już ruszyć gdy nagle przystojniak coś powiedział. "Zaprowadzimy Cię, właśnie tam idziemy". No i wtedy to już koniec. Dwaj różni siebie faceci nie mogą się porozumieć. Dojdzie do walki? Jeden chciał się mnie pozbyć jak najszybciej, drugi chce mi potowarzyszyć. "Chodź Alan, przecież dasz radę", powiedział trzymając latarkę. Lekki śmiech ze strony 'Alana'. "No nie wiem. Nie chcę podejmować decyzji za tą piękną damę. Może ona się boi? Może coś by mogło jej się stać?", zapytał. "Nie boję się", powiedziałam pewna siebie. "Oj zdziwiłabyś się do czego jestem zdolny", odparł. Dodałam marszcząc czoło: "Gdybyś mi chciał coś zrobić to byś to już dawno zrobił". Chłopak się zaśmiał. "Trzymaj się. Następnym razem może", powiedział oddalając się od nas. Zostaliśmy sami. "Chodźmy", powiedział chłopak. Spytałam: "O co mu chodziło?" Szliśmy w kierunku wielkiego budynku. "Ma za sobą zły dzień, wiesz. Zgubił bardzo cenną rzecz i nadal jej nie odnalazł. Wydaje się że szuka jej już ponad 100 lat, dlatego jest taki wkurzony. Ale...Rozchmurzyłaś go trochę". Ucieszyłam się. Kiwnęłam głową dając do zrozumienia że go rozumiem. "Zostaliście zaproszeni?", spytałam. Skręciliśmy w lewo tak jak mówił Alan. "Nie, nie...Pracujemy tam", odpowiedział, "więc jak będziesz czegoś potrzebować to daj znać. Możesz o mnie popytać, zawsze będę się starał Ci pomóc. Jestem Tom". Serce waliło i waliło a ręce całe się trzęsły. Uśmiechnęłam się dodając "Dziękuję, Tom. Jestem Amara". Z Toma twarzy nie znikał uśmiech a jego wzrok był ciągle wskazany we mnie. Zaczerwieniałam. Dobrze że tego nie widział. "Amara...", powiedział do siebie, "Amara, to cudowny kwiat. Ubiorek gorzki". "Znasz się na kwiatach?", zapytałam. "Nie za bardzo. Powiedzmy że bardzo dużo mam do czynienia z tą rośliną", odpowiedział. Zaśmiał się. Doszliśmy do restauracji. Światło raziło po oczach a głośność było nie do zniesienia. Podziękowałam Tomowi za towarzystwo. I wtedy drzwi się z hukiem otworzyły. To była Greta. "Amara! Właśnie miałam dzwonić! Właź szybko! Na co czekasz?, krzyknęła. Podeszłam do drzwi. Odwróciłam się by pomachać Tomowi. Nikogo już nie było. Wygląda na to że uciekł. Skądś znam już tę sytuację. Rozejrzałam się jeszcze raz i weszłam do środka.
wtorek, 15 lipca 2014
STRONA SZÓSTA
Urodziny Grety. Usiadłam na łóżku i włączyłam laptopa. Na tapecie miałam pięknego kwiatka-ubiorka gorzkiego. Weszłam na Facebooka. Odpowiedziałam na parę wiadomości i zaczęłam przeglądać co nowego. Nic ciekawego. Jakieś obrazki...Ktoś wstawił zdjęcia z wakacji. Morze, cudowne słońce, fale. I wtedy przypomniało mi się jak znalazłam mój łańcuszek. Byłam wtedy z rodzicami na plaży. Szłam wzdłuż brzegu. Aż doszłam do miejsca gdzie nikogo nie było. Byłam sama. Usiadłam przy brzegu i wpatrywałam się w morze. To było cudowne uczucie. I nagle jak wyrzucony z morza przypłynął do mnie łańcuszek. Na początku nie wiedziałam co to było. Weszłam po kostki do wody i go stamtąd wyciągnęłam. Jak się zorientowałam że był to łańcuszek, zaczęłam się rozglądać. Nikogo nie było. Wzięłam go ze sobą i wróciłam do rodziców. "Tak o to Cię znalazłam", powiedziałam sama do siebie łapiąc za łańcuszek. Wstałam i otworzyłam szafę bo zrobiło się nieco zimno. Chciałam założyć cieplejszą bluzę. Moją uwagę zwróciła moja cudna sukienka kupiona specjalnie na urodziny Grety. Wzięłam głęboki wdech i ją wyciągnęłam. Odwróciłam się i sprawdziłam godzinę. Impreza zaczęła się 30 min temu. Nawet jakbym się szybko wyszykowała to bym nie wiedziała gdzie iść. Miejsce imprezy jest "niespodzianką". "Zadzwonię do Grety", pomyślałam. Sięgnęłam po telefon i wybrałam jej numer...Nie odbierała. Pewnie było za głośno i mnie nie usłyszała. Chciałam się przyszykować i przed wyjściem jeszcze raz zadzwonić. Umyłam i umalowałam się. Potem zrobiłam włosy i założyłam sukienkę. Moja sukienka była bardzo krótka i beżowa. Bardzo mi się podobała. Po godzinie już byłam gotowa, bardzo się śpieszyłam.Każda dziewczyna potrzebuje minimum 2 godziny na przyszykowanie się do takiej imprezy jak ta. Ale nie ja. Zeszłam na dół i wyjęłam buty z szafki. Ubrałam je i wybrałam numer do Grety. Było bardzo głośno.
- Gdzie jest ta impreza?
- Halo? Amara?
- No halo! Gdzie jest ta impreza?
- Amara, nie słyszę Cię...
- Pytam gdzie jest ta impreza?!
- Aaa...Mów od razu.Taka restauracja na Sparrow Center. Nie pamiętam nazwy...
- Dobra, dzięki. Poradzę sobie.
Rozłączyłam się. Spojrzałam w lustro by sprawdzić, ewentualnie zmienić wygląd. Wszystko było tak jak chciałam. Tak jak planowałam. Wtedy popatrzyłam na łańcuszek. "Może go zdejmę...", pomyślałam. Nie chciałam problemów ani żadnych awantur. Tak jak to było wtedy w sklepie. Wyszłam i zamknęłam drzwi na klucz. Była dokładnie 22:04. Pobiegłam na autobus który jechał do miasta. Jeździł bez przerwy. Gdy doszłam na przystanek na autobus musiałam czekać jedynie 2 min. Usiadłam więc chwilę na ławce. I modliłam się aby nikt mnie nie zaczepił. Minęły minuty i autobus przyjechał. Był prawie pusty. Weszłam do niego. Kierowca dziwnie się na mnie popatrzył. Może moja sukienka na prawdę była za krótka. Usiadłam z przodu bo zauważyłam grupkę nastolatków z tyłu. Nie chciałam żadnych problemów. Po chwili jakiś typ z tyłu usiadł przede mną odwracając się do mnie. "Gdzie tak sama?", zapytał. Śmierdział drogimi perfumami i alkoholem. Miał na sobie białą koszulkę i ciemne jeansy. Po chwili wyjął z kieszeni swojego złotego Iphona. "Dzięki, ale nie potrzebuję twojego towarzystwa", odpowiedziałam lekko arogancko. Od razu schował telefon i się odwrócił. Dodał:"Na pewno? Bo wiesz, tu jest niebezpiecznie o tej godzinie." Lekko się odwróciłam. Jego znajomi w tyle się do mnie uśmiechnęli i pomachali. Znów się odwróciłam. Został jeszcze jeden przystanek. On się znów odwrócił. "Ja cię mogę obronić jak chcesz...", odparł posuwając rękę w stronę moich ud. Wstałam i wybiegłam z autobusu na moim przystanku. On szybko wstał ale nie zdążył. Jego znajomi też nie...
- Gdzie jest ta impreza?
- Halo? Amara?
- No halo! Gdzie jest ta impreza?
- Amara, nie słyszę Cię...
- Pytam gdzie jest ta impreza?!
- Aaa...Mów od razu.Taka restauracja na Sparrow Center. Nie pamiętam nazwy...
- Dobra, dzięki. Poradzę sobie.
Rozłączyłam się. Spojrzałam w lustro by sprawdzić, ewentualnie zmienić wygląd. Wszystko było tak jak chciałam. Tak jak planowałam. Wtedy popatrzyłam na łańcuszek. "Może go zdejmę...", pomyślałam. Nie chciałam problemów ani żadnych awantur. Tak jak to było wtedy w sklepie. Wyszłam i zamknęłam drzwi na klucz. Była dokładnie 22:04. Pobiegłam na autobus który jechał do miasta. Jeździł bez przerwy. Gdy doszłam na przystanek na autobus musiałam czekać jedynie 2 min. Usiadłam więc chwilę na ławce. I modliłam się aby nikt mnie nie zaczepił. Minęły minuty i autobus przyjechał. Był prawie pusty. Weszłam do niego. Kierowca dziwnie się na mnie popatrzył. Może moja sukienka na prawdę była za krótka. Usiadłam z przodu bo zauważyłam grupkę nastolatków z tyłu. Nie chciałam żadnych problemów. Po chwili jakiś typ z tyłu usiadł przede mną odwracając się do mnie. "Gdzie tak sama?", zapytał. Śmierdział drogimi perfumami i alkoholem. Miał na sobie białą koszulkę i ciemne jeansy. Po chwili wyjął z kieszeni swojego złotego Iphona. "Dzięki, ale nie potrzebuję twojego towarzystwa", odpowiedziałam lekko arogancko. Od razu schował telefon i się odwrócił. Dodał:"Na pewno? Bo wiesz, tu jest niebezpiecznie o tej godzinie." Lekko się odwróciłam. Jego znajomi w tyle się do mnie uśmiechnęli i pomachali. Znów się odwróciłam. Został jeszcze jeden przystanek. On się znów odwrócił. "Ja cię mogę obronić jak chcesz...", odparł posuwając rękę w stronę moich ud. Wstałam i wybiegłam z autobusu na moim przystanku. On szybko wstał ale nie zdążył. Jego znajomi też nie...
piątek, 30 maja 2014
STRONA PIĄTA
Znów śniła mi się postać z długimi
złocistymi włosami.Tym razem się odwraca. Kobieta bez twarzy. Na jej szyi
naszyjnik. W miejscu ust wielka czerwona plama. Kapią z tej plamy małe krople.
Powstaje wielka kałuża. Coraz więcej plam. Wszystkie czerwone. Zmieniają się
powoli w błękitne fale. Na brzegu złocisty piach, muszle, kamienie i naszyjnik.
Nagle naszyjnik zostaje wciągnięty przez fale.
Obudziłam się cała spocona na kanapie w
salonie. Usiadłam. Była godzina 03:28. Bolała mnie głowa. Wstałam i poszłam do
łazienki. Przemyłam twarz i obejrzałam się w lustrze. Otworzyłam szafkę i
wyjęłam leki. Zamknęłam szafkę i zauważyłam w lustrze że nie mam na sobie
naszyjnika. Spanikowałam. Odwróciłam się z nadzieją że gdzieś tam go
zostawiłam. Przede mną stałam ja z naszyjnikiem w ręku. Podeszłam do siebie i
ugryzłam się w szyję...
Obudziłam się leżąc naga na podłodze w łazience. Usiadłam trzymając się za
głowę. Tak bardzo mnie bolała. Rozejrzałam się i zauważyłam niewielką ilość
krwi na podłodze. Mój naszyjnik leżał na półeczce. Ulga. Wstałam i podeszłam do
lustra. Leciała mi krew z wargi. „O nie...”, mruknęłam, „musiałam się
przewrócić wchodząc pod prysznic i zemdlałam...” Przyłożyłam mokrą ścierkę do
warg, zarzuciłam na siebie jakieś ubrania i wyszłam z łazienki. Otworzyłam
drzwi na taras i wyszłam. Usiadłam na ławce. Wiatr wiał bardzo lekko. Drzewa lekko
kołysały. Zanuciłam piosenkę. Zamknęłam oczy. No i wtedy... Pisk, krzyk,
wołanie o pomoc. Od razu wstałam i się rozejrzałam. Nic. Wbiegłam do domu,
ubrałam buty i kurtkę i wybiegłam z domu. Usłyszałam jeszcze jedno krzyknięcie,
które było inne niż tamte. Wcześniej słyszałam strach, teraz ból... Nie
wiedziałam co zrobić. Wrócić szybko do domu czy znaleźć osobę która krzyczała?
Po chwili zastanowienia zaczęłam biec. Z nadzieją że znajdę zranioną osobę.
Zapomniałam wtedy komórki. Nie mogłam zadzwonić po pomoc. Moje nogi odmawiały
mi posłuszeństwa. Bałam się. Ale musiałam jej pomóc. Dobiegłam do parku. Zatrzymałam
się koło ławki. Światło latarni świeciło mi prosto w twarz. Nic nie widziałam.
Ale słyszałam wszystko. „Nic nie pamiętasz...”, szepnął męski głos. Potem coś
jeszcze powiedział. Ale nie słyszałam. Poszłam wolno za głosem. Rozejrzałam
się. Było bardzo ciemno. Nic. I wtedy potknęłam się. Nie wiem o co.
Przymrużyłam oczy i zauważyłam nogę. Na czworaka zbliżyłam się do niej. Młoda
kobieta. Żyła. Była cała we krwi. Poczułam gwałtowny wiatr. Powoli się
odwróciłam. Nikogo nie było, choć miałam wrażenie że ktoś tam stał. Bałam się
jak nigdy. Wstałam i zaczęłam uciekać. Biegłam. Biegłam. Coraz szybciej. Już
widziałam mój dom. Dotarłam. Wbiegłam i zamknęłam wszystkie drzwi. Wzięłam
telefon i zadzwoniłam po policje.
„Tak mamo, wszystko będzie ok. Nie, nie musicie wracać. Wszystko jest ok.
Tak tak...mamo”, mówiłam mamie do telefonu. Chwilę przed tym odprowadziłam
policjantów do drzwi. Musiałam odpocząć. Usiadłam na sofie. Zamknęłam oczy. Co
się dzieję.. Mam coś z tym wspólnego? Może to był tylko przypadek że tam byłam.
Wstałam i podeszłam do kalendarza. Następnego dnia miała być impreza. Nie byłam
pewna czy iść czy nie. Może powinnam nie iść. W końcu dziwnie by to wyglądało.
Dzień wcześniej znalazłam umierającego człowieka a na drugi dzień już idę się
upić. Poszłam po telefon by zadzwonić do Grety. Wybrałam jej numer i
zadzwoniłam. Byłam niepewna.
- Hej Greta...
-
No cześć, jakieś pytania do imprezy?
-
Nie zupełnie. Bo wiesz, ja nie mogę jednak przyjść. Dzieją się ostatnio dziwne
rzeczy. Jestem zmęczona, mam dość wszystkiego. Nie bądź zła. Nadrobimy to
kiedyś...
-
Amara...Naprawdę nie dasz się przekonać? To tylko jedna noc. Co to za różnica.
Przyjdziesz raz i potem damy Ci spokój. Proszę.
-
Nie...Przepraszam. Nic z tego nie będzie. Naprawdę przepraszam.
- Przyjdę do Ciebie w poniedziałek. Opowiem Ci jak było, ok?
- Nie ma sprawy. Jeszcze raz przepraszam. Mam wyrzuty sumienia ale czas
pomyśleć o sobie, prawda? -
No prawda prawda.
-
Dobra kończę. Do poniedziałku i miłej zabawy. Pa!
- Pa pa!
Ale się głupio zachowałam. Może jednak był to błąd. Może powinnam iść.
Nie...Już jest za późno. Jak by to wyglądało. Jezu, cóż za dyskusje sama ze
sobą. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę mojego pokoju. Dawno nie
czytałam. Wypożyczyłam tyle książek i ani jednej nie przeczytałam. Otworzyłam
książkę pod tytułem „Wampiry i inne stworzenia”... Uśmiechnęłam się. Od razu
pomyślałam o sadze „Zmierzch”.
STRONA CZWARTA
Stałam przy aucie trzymając bagaże. „Będę dzwoniła co drugi dzień. Na pewno
dasz sobie sama radę?”, zapytała troskliwie mama. Przewróciłam oczami i
powiedziałam że tak. Schowałam walizki do bagażnika i pożegnałam rodziców.
„Miłego odpoczynku”, dodałam i przytuliłam ich mocno. Odsunęłam się od
samochodu i zaczęłam im machać. Odjechali. Wróciłam do domu.
Wieczorem wyjęłam pocztę ze skrzynki i zaczęłam ją przeglądać. Rachunki,
rachunki, coś do mamy, katalog.. I coś do mnie. Wyjęłam nóż i rozcięłam
kopertę. Była tam kartka zaproszeniowa. Otworzyłam. Zaproszenie na urodziny Grety.
Impreza miała się odbyć w jakimś klubie. To miały być jej 18 urodziny. Była
starsza od nas ale ją bardzo kochałyśmy. Jest siostrą P-J’a z klasy. Wszyscy
nie mogli się doczekać tej imprezy. Wszyscy byli zaproszeni.
Zamówiłam pizzę i wróciłam do pokoju by dowiedzieć się czegoś nowego na
temat tych morderstw. Przysnęłam.
Nagle obudziło mnie bardzo głośne dzwonienie. To było z dołu. Pizza
przyszła. Zeszłam na dół krzycząc „Moment!” Otworzyłam drzwi. Miał tatuaż. „O,
już pizza, 12,49$, zgadza się?”, spytałam. Dostawca kiwnął głową na „tak”.
Uśmiechnęłam się i wręczyłam mu pieniądze. Wzięłam pizze. Dostawca podziękował
i powoli się odwracał. Złapałam go za rękę i spytałam to co zwykle. Zapisałam. Dodałam
:„A i jeszcze coś, parę miesięcy temu przyniósł mi pizze pewny chłopak.
Strasznie mi się spodobał i..” Chłopak nieśmiele się uśmiechnął. „Wybacz,
jestem tu nowy i nie znam wszystkich pracowników”, powiedział. Udawałam że mu
wierze. „Jasne, przepraszam. Do widzenia!”,pożegnałam się i zamknęłam drzwi.
Poprawiłam włosy i zaniosłam pizze do piwnicy. Odsapnęłam i wyniosłam wszystkie
pizze do śmietnika przed domem. Trwało to 20 min. Byłam zmęczona ale przecież
musiałam coś z tym zrobić. Tyle ich tam było.
Dzwonił telefon. Akurat byłam w toalecie. Po umyciu rąk szybko wybiegłam z
niej i pobiegłam po telefon. Nie zdążyłam. Włączyłam głośnik i słuchałam
nagrania:
„Dodzwoniłeś się na pocztę głosową rodziny Swan. Niestety nie ma nas w domu
ale możesz zostawić wiadomość po sygnale. Pip!”
„Oh, Amara! Dlaczego nie odbierasz tego durnego telefonu gdy Ciebie tak
bardzo potrzebuje. Oddzwoń do mnie natychmiast! Chodzi o urodziny Grety. No
wiesz no. Musimy iść na zakupy, nie mam co ubrać no. Jeśli zaraz nie odbierzesz
to wszystkim powiem o..”
Odebrałam.
„Adela ty żmijo jedna!”, krzyknęłam do telefonu, „dzisiaj pojechali moi
rodzice i mam trochę więcej wolnego czasu, więc jeśli nadal chcesz się spotkać
to radziłabym Ci się już szykować bo nie chcę w nocy łazić po mieście.”
„Jesteś kochana Amara Zaraz będę.”
Rozłączyłam się i odłożyłam słuchawkę. Podeszłam do okna i usiadłam na szerokim
parapecie. Oglądałam otwierające się drzwi wejściowe parę domków naprzeciwko
mnie i wychodzącą z nich Adelę. Po drodze włożyła portfel do torby który
trzymała na wierzchu. Przeszła przez 3 ulice i po chodniku do mnie. Nie musiała
nawet zapukać gdy już jej otworzyłam.
Uśmiechnęłam się i dałam jej całusa. Dodałam „hej” biorąc torbę z
przedpokoju i już wyszłyśmy. „Greta z nami pojedzie. Chce nam pokazać jakieś
fajne sklepy z ciekawymi ciuchami”,powiedziała Adela zatrzymując się przed moim
domem. Strzepałam jej paproszek z kurtki i dodałam „Nie ma sprawy. Chodźmy
więc. Autobus będzie za 6 min. Musimy się pośpieszyć.” Adela kiwnęła głową.
Nagle naszą uwagę zwrócił pisk opon dochodzący z ulicy głównej. Odwróciłyśmy
się. Muzyka była coraz głośniejsza. Jechało nowe lśniące audi niebieskiego
koloru. Aż musiałyśmy stanąć i popatrzeć. Stałyśmy parę metrów od mojego domu.
Auto zatrzymało się obok niego. Nagle zadzwonił telefon Adeli. Odebrała.
Uśmiechnęła się i powoli zbliżała się do wozu. Szłam za nią. Osoba w aucie
otworzyła dach. Ulżyło mi gdy zobaczyłam twarz Grety. Aż wzdychnęłam. Weszłyśmy
do samochodu. Adela usiadła z przodu. „No, no Greta. Rodzice muszą na prawdę Cię
kochać skoro kupili Ci taką brykę.”,zażartowała Adela. Zaśmiałam się. Greta
też. „To mój prezent urodzinowy”, dodała odpalając. „Nieźle”, skomentowałyśmy.
Jechałyśmy z głośną muzyką i otwartym dachem. Niebo robiło się czerwone.
Dojechałyśmy. Greta zaparkowała i zaprowadziła nas do jednych z butików. Ciągnęłyśmy.
„Zamknięte”. „Cholera! Greta! Dlaczego nas tu zaprowadziłaś skoro jest już
zamknięte?”, krzyknęła Adela. Greta złapała ją za ramię i się uśmiechnęła
dodając „spokojnie kochana.” Greta zapukała do drzwi. Chwileczkę poczekałyśmy
gdy nagle do dużych szklanych drzwi podeszła troszkę starsza kobieta.
Uśmiechnęła się gdy tylko zobaczyła Gretę. Szybko odeszła i po chwili wróciła z
kluczami. Otworzyła drzwi. „Wejdźcie”, zaprosiła nas. Weszłyśmy.
Okazało się że to sklep babci Grety. Długo nie minęło a my już znalazłyśmy
idealne stroje na jej urodziny. „A tak w ogóle, to gdzie będzie ta impreza?”,
zapytała Adela. To samo chciałam się jej spytać, jednak Adela była pierwsza.
Greta się lekko uśmiechnęła i dodała:”To niespodzianka!” Podeszłam do jednego
wieszaka z ubraniami. Już coś znalazłam ale może by mi coś jeszcze trafiło do
gustu. No i wtedy zahaczyłam łańcuszkiem o jedną bluzkę. Nie mogłam się
ruszyć. Zaśmiałam się sama z siebie i poprosiłam dziewczyny o pomoc. Wtedy
podeszła do mnie babcia Grety. Uśmiechnęłam się z ulgą. Jednak zanim staruszka
wyciągnęła ręce w moją stronę by mi pomóc, przyjrzała się dokładnie mojemu
naszyjnikowi. „Więc pomoże mi pani?”, zapytałam. Kobieta mi nie odpowiadała.
Wpatrywała się w mój naszyjnik. Odwróciłam się do Grety. Dałam jej znak że coś
jest nie tak i że potrzebuje pomocy. Greta stanowczym krokiem do mnie podeszła
mówiąc:”Matko, babciu nie wygłupiaj się. Amara, ja Ci pomogę.” Złapała za łańcuszek
i szybko go zrzuciła niczym ogień. Chwilę na niego popatrzyła. „Przepraszam, to
przez przypadek”, powiedziała. Nie podniosła go. Nagle kobieta złapała się za
głowę i krzyknęła:” Idźcie już! Już jest późno!” Byłam przerażona. Nie
wiedziałam o co chodzi. Podniosłam naszyjnik i wyszłam. Zaraz za mną
dziewczyny. „Jeju...Twoja babcia świruje”, skomentowała Adela. Greta się lekko
uśmiechnęła. Coś ukrywała. Spytałam się stanowczo czy ma to związek z moim
naszyjnikiem. Adela zaczęła głośno się śmiać. Po chwili Greta też. Ja też
trochę pod nosem.
poniedziałek, 24 marca 2014
STRONA TRZECIA
W szkole wszyscy mówili o tych morderstwach. Nawet nauczyciele zwariowali.
Każdy uczeń miał iść na zajęcia samoobronne. Dla mnie to było śmieszne. Okazało
się że dwie osoby chodzili do naszej szkoły. A nawet jedna z nich do mojej
klasy. Maria Argan. Bardzo ładna i znana dziewczyna. Dużo trenowała. Miała
idealną figurę i zdrowo się odżywiała. Nie paliła. Idealny organizm. Chciałam
pogadać z Adelą ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Myślałam że była chora więc
nagrałam jej się na sekretarce że tęsknie i na nią czekam. Życzyłam jej
szybkiego powrotu do zdrowia.
Po szkole poszłam do biblioteki. Chciałam wypożyczyć jakąś nową książkę. W
moim alfabecie byłam przy literce „W”. Poszłam do odpowiedniego regału i wzięłam
ze sobą parę książek. Podeszłam do kasy i wypożyczyłam. Miałam na koncie już
326 książek. Chciałam kupić coś do jedzenia bo lodówka była prawie pusta.
Zajrzałam do marketu i kupiłam trochę produktów. W drodze do domu przejeżdżałam
koło tej pizzerii gdzie zawsze zamawiałam. Ktoś się tam szarpał ale nie
widziałam kto. Pewnie jakiś pijany klient.
Wróciłam do domu i rozpakowałam zakupy. Książki odłożyłam do regału oprócz
jednej. Zostałam na dole. Umyłam jabłko, po czym usiadłam do stołu i zaczęłam
czytać. Minęły trzy godziny a ja zdążyłam zjeść siedem jabłek. Nagle usłyszałam
dziwny hałas zza drzwi. Wstałam i podeszłam do nich. Powoli dotknęłam klamkę i
otworzyłam drzwi. Nikogo nie było. Stałam parę chwil w progu gdy nagle zza
ściany wyskoczyła moja mama. Cicho pisnęłam. Moja mama się zaśmiała :”Córcia,
co z Tobą? To tylko ja.” Weszła do środka i zdjęła buty. Moje serce biło jak
szalone. Na prawdę się przestraszyłam. Tyle się wtedy działo w mym mieście,
miałam do tego prawo. Poinformowałam mamę o zakupach które zrobiłam po szkole.
Mama weszła do kuchni. „A co to ma być? Wyrzuć te śmieci ze stołu”. Kiwnęłam
głową i posprzątałam bałagan który zostawiłam w kuchni. Wzięłam książkę i
udałam się do mojego pokoju by w ciszy dalej czytać.
W czytaniu przeszkodził mi mój tata który mnie wołał z dołu. Właśnie wrócił
z pracy. Odłożyłam książkę i zeszłam niechętnie na dół. Przetarłam oczy i
usiadłam do stołu z całą rodziną. Kolacja już była przygotowana. Kolację razem
jemy raz na miesiąc, może dwa więc musimy się cieszyć. Szczególnie ja bo tak to
widzę ich bardzo i to bardzo rzadko. „Smacznego”, powiedzieliśmy sobie wzajemnie
i zaczęliśmy jeść. Rodzice pili wino. Mama czerwone, tata białe. Ja piłam wodę.
Rozmowę zaczęła mama opowiadając o swoim dniu. Potem była kolej taty. I wtedy
ja zaczęłam opowiadać. Gdy skończyłam jeść, podziękowałam i chciałam już zabrać
talerze gdy mama złapała mnie za rękę. Spokojnie poprosiła mnie żebym
poczekała. Usiadłam. Zaczęła :”Więc ja i tata chcemy trochę odpocząć od pracy i
wyjechać na tydzień, może dwa. Musimy się zrelaksować. Ciągle tylko praca i
praca. Nigdy nie mamy czasu dla siebie i dla Ciebie córeczko. Dlatego
wyjeżdżamy wszyscy. Chcemy zrobić małą wycieczkę do Hiszpanii. Tam jest ciepło.
Będzie super!” Tata tylko kiwał głową.
Uśmiechnęłam się. „Żartujecie, prawda? Chcecie mnie gdzieś wywieźć w czasie
semestru? Mam szkołę! Muszę się uczyć!”, krzyknęłam, ”nie ma mowy”. Mama
spojrzała na tatę. Tata odszedł od stołu. Był zdenerwowany. Nie mogłam
wyjechać. Miałam dużo na głowię. Szkoła, pizzeria, morderstwo. Nie mogłam tego
zostawić. A raczej nie chciałam. „Jak chcesz... Ale sama zostać przecież nie możesz”, powiedziała mama spuszczając
głowę. "Potrzebujesz kogoś do
opieki, tak?” Zaczęłam zbierać talerze. „Jestem już dużą dziewczynką, poradzę
sobie, mamo.”, dodałam. Zaniosłam naczynia do kuchni. Podziękowałam za kolację
i wróciłam do pokoju. Do mojego czytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)